explicitClick to confirm you are 18+

4. Wiosłowanie na śmierć i życie

Życie w TropikachJun 19, 2020, 9:06:14 AM
thumb_up22thumb_downmore_vert

- Musimy się spieszyć jeśli chcemy spłynąć dzisiaj! - krzyczy Che

- Będziemy mokrzy tak czy inaczej, nie? - pytam

- Tak, ale poziom wody w rzece podnosi się szybko. Jeśli będzie zbyt wysoki to ryzyko spływu będzie za duże. Brałeś kiedyś udział w raftingu?

- Nie, to będzie mój pierwszy raz.

- Ok, więc kilka zasad. Ja jestem z tyłu a Wy z przodu. Żeby sterować łodzią musicie wiosłować odpowiednio z lewej lub z prawej strony. Będę wydawać Wam odpowiednie komendy takie jak: “wiosłujcie lekko”, “wiosłujcie mocno” albo “wiosłujcie, aby przeżyć!”. Mam nadzieję, że to jasne.

- Brzmi ok. Czy to wszystko?

- Nie… Jeśli wyrzuci cię z pontonu wyciągnij nogi do przodu albo do tyłu. Nigdy nie pozwól, aby stopy były w kierunku dna. Jest tam masa kamieni. Jeśli ugrzęźniesz to masz przejebane.

- Brzmi fantastycznie!

- Nic się nie przejmuj, będzie dobrze. To najgorszy scenariusz i chcemy abyś był na to gotowy. W razie czego rzucimy ci linę. Będziesz musiał ją złapać i wciągnąć się z powrotem na łódkę.

- Rozumiem.

- Rozumiesz? Świetnie. Czas na test!

Samochód zatrzymuje się koło rwącej rzeki. Czuję jak rośnie mi ciśnienie, choć nadal nie wiem co się wydarzy. Deszcz jest coraz gęstszy i grzęźniemy w błocie po kostki. Kierowca pomaga nam zrzucić ponton do wody. Zakładamy kaski i kamizelki ratunkowe. Susan wskakuje na łódkę i spływa nią w dół rzeki.

- Teraz rób to co ja. Zobaczymy się za kilka minut! - krzyczy Che i skacze w nurt rzeki. Obserwuję nie kryjąc zaskoczenia jak dziewczyna zupełnie poddaje się dzikiej sile natury. Rzeka zabiera ją za róg poza moje pole widzenia w mniej niż pół minuty.

Mój oddech przyspiesza na chwilę przed wskoczeniem do wody. Silny prąd porywa mnie w dół w przeciągu sekund. Wyciągam nogi do przodu, ale prąd obraca mnie o 180 stopni. Spływam tyłem z głową pod wodą. Co chwilę mam może sekundę, żeby złapać trochę powietrza. Krztuszę się zimną wodą. Łapię się dużego śliskiego kamienia. Wiem, że mam może trzy sekundy na podjęcie decyzji co zrobić dalej zanim rzeka podejmie ją za mnie.

- Marek! Liiiiiiinaaaa! - krzyczy Che.

Widzę linę lecącą mniej więcej w moim kierunku zanim ta częściowo znika w spienionej wodzie. Serce wali jak oszalałe, oddech jest szybki, ciężki i przerywany kaszlem. Nie mam czasu do stracenia. Skaczę tak daleko jak mogę w kierunku Che w dzikiej próbie złapania liny. Próba płynięcia pod prąd spełza na niczym, ale udaje mi się złapać jeden z końców liny. Opijając się nieprzyzwoitą ilością wody jakoś utrzymuję się na powierzchni i powoli wciągam się na brzeg. Kolejne trzy do pięciu minut zajmuje mi uspokojenie tętna i oddechu. Czy tak czuje się osoba walcząca o życie?

- Wszystko w porządku? Jak się czujesz? - pyta Che kładąc mi rękę na ramieniu.

- Jasne, wszystko ok. 
- Chcesz kontynuować?

- Pewnie, przecież zabawa dopiero się zaczyna - mówię zastanawiając się jakby to wyglądało gdybym teraz się wycofał.


Wątpię, że Che kupuje moją fałszywą pewność siebie, ale kilka minut później jesteśmy na pontonie płynącym w dół rzeki wraz z silnym prądem. Rzeka zmienia tempo regularnie, a my wiosłujemy zgodnie z instrukcjami Che - “wiosłujcie lekko po lewej, wiosłujcie mocniej po prawej… wiosłujcie aby przeżyć!”. Co jakiś czas zatrzymujemy się przy brzegu lub zwalniamy na tyle, aby woda nie zagłuszała bardziej skomplikowanych instrukcji Che. 

- Widzicie te dwa kamienie? Spróbujemy wcelować się między nie. Jeśli nie damy rady to ominiemy je z lewej strony. Pod żadnym pozorem nie opływamy ich z prawej. Próbowałam wielokrotnie i gwarantuję Wam, że wszyscy wylądujemy w wodzie.

Gdy woda jest spokojna to i ja jestem spokojny. Gdy prąd się wzmaga a Che krzyczy żebyśmy wiosłowali, aby przeżyć, niemalże czuję zapach własnej adrenaliny. Czuję, że żyję tu i teraz a jutro może nigdy nie nadejść. Tego od zawsze brakowało mi w Europie!


W pewnym momencie rzeka uspokaja się zupełnie. Możemy się zrelaksować i skoncentrować na obserwacji brzegów. Te pokryte są dżunglą niemożliwą do spenetrowania przez człowieka. W niektórych miejscach drzewa są tak blisko siebie, że niemożliwością byłoby przeciśnięcie się między nimi. Przestaje padać a dżungla zaczyna śpiewać. Miliardy insektów wygrzebują się ze swoich kryjówek i rozpoczynają niesamowity koncert, który jest nie do opisania przez osobę, która nigdy tego nie słyszała. Jakieś ptaki zrywają się gwałtownie do lotu zupełnie tak jakby coś je przestraszyło. Duży zielony wąż zwisa sobie swobodnie z drzewa. To jest natura jaką zawsze chciałem zobaczyć - prawdziwa, wspaniała i nietknięta przez człowieka.

Che steruje pontonem w kierunku brzegu i ku mojemu zaskoczeniu znów jesteśmy w obozie. Śmierdzę kombinacją potu, deszczu i rzeki. Używam Ship Shape Shacks for Showering, Shaving and Shitting, aby wziąć prysznic. Dołączam do Che i Susan w ich wypasionym Mitsubishi. Przez godzinę jedziemy na kolację do Ipoh - najbliższego większego miasta. Jest już ciemno, a miasto jest słabo oświetlone. Ciężko powiedzieć o nim coś konkretnego dopóki nie docieramy do historycznej starówki pełnej kolonialnych budynków pamiętających czasy Brytyjczyków.

Przechodzimy przez żywiołowy bazar z jedzeniem. Stołowanie się w takich miejscach jest często najtańsze i smaczniejsze niż w fajnych restauracjach, gdzie trzeba zapłacić przynajmniej 5 razy tyle. Moich niewygłoszonych opinii nie podzielają moje nowe koleżanki, które prowadzą mnie prosto do drogo-wyglądającej chińskiej restauracji. Panie składają długie i skomplikowane zamówienie w wyniku którego kelnerzy donoszą nam rozmaite dania jedno po drugim. Rachunek nie należy do najmniejszych. Za jego równowartość stołując się na bazarze pewnie moglibyśmy jeść trzy razy dziennie przez tydzień. Oferuję uregulowanie rachunku. Na moje szczęście Che płaci za nas wszystkich.

Panie mają spotkanie z jakimś architektem w centrum, który ma im pomóc w usprawnieniu obozu. Idę na spacer aby upewnić się, że nie ma tu absolutnie nic ciekawego do zobaczenia. Wracam do baru na świeżym powietrzu, gdzie Che i Susan nadal debatują z architektem. Siadam kilka stołów dalej i zamawiam piwo. Bar jest pełen tubylców - Chińczyków, Malajów i Hindusów. Ludzie jedzą, piją i dyskutują o czymś w niezrozumiałych dla mnie językach. Stary, biały mężczyzna z potężną, chaotyczną brodą wyłania się z nikąd.

Następny wpis: 5. Czy tak właśnie skończę? 

Poprzedni Wpis: 3. Stan Perak