explicitClick to confirm you are 18+

3. Stan Perak

Życie w TropikachJun 18, 2020, 1:54:44 PM
thumb_up3thumb_downmore_vert

Pociąg powoli przetacza się przez północną część Kuala Lumpur zatrzymując się krótko na starym dworcu centralnym pamiętającym jeszcze czasy brytyjskiego kolonializmu. Zapierające dech w piersiach nowoczesne szklano-metalowe wieżowce powoli ustępują miejsca podmiejskim blokowiskom, ogrodzonym osiedlom i szeregowcom. Im dalej jesteśmy od miasta, tym szybciej jedzie pociąg, ostatecznie osiągając prędkość 140 km/h, co dumnie prezentowane jest na elektronicznym liczniku na przodzie wagonu.

Dwugodzinna podróż do stanu Perak odbywa się bez przygód. Pociąg mija kilka miasteczek, wsi i zatrzymuje się na dwóch stacjach o kolonialnej architekturze. Ślady cywilizacji oddzielają przepastne zielone pola, lasy palm olejowych i dżungla. Niebieskie niebo zachodzi chmurami. Po chwili tropikalna ulewa zlewa wszystko obfitym deszczem.

Jeszcze w Kuala Lumpur otrzymuję e-mail od firmy specjalizującej się w przygodowej turystyce w północnej Malezji. W odpowiedzi na moją “prośbę o inspekcję” zapraszają mnie do odwiedzenia ich obozu i wzięcia udziału w raftingu - sporcie ekstremalnym gdzie, ludzie płacą za unikalną możliwość nadzorowanego utopienia się w dzikiej rzece.

Wysiadam z pociągu na wskazanej stacji by zorientować się, że nikt na mnie nie czeka. W Azji Południowo-wschodniej wszystko odbywa się wolniej i ludzie nie przywiązują się do czasu tak bardzo jak my. Spaceruję w okolicach stacji, która nie wyróżnia się niczym szczególnym poza tym, że jest dosyć nowoczesna, czysta i zadbana. Nie jest to widok, który spodziewam się zastać na prowincji kraju w trzecim świecie. Ludzie, którzy przybyli razem ze mną odjeżdżają własnymi samochodami lub zostają przez kogoś odebrani. Inni czekają na peronie na pociąg w przeciwnym kierunku. Niedaleko widać średniej wielkości góry porośnięte gęstą, zieloną dżunglą. Zgaduję, że to właśnie tam się wybieramy. Dzwonię do mojego kontaktu - Che. Ta mówi, że zaraz będzie i rozłącza się.

Kilka minut później nowiutki, srebrny Mitsubishi Pajero podjeżdża pod stację. W środku siedzą dwie kobiety - szczupła, niska Azjatka po 30-tce z czarnymi, krótkimi włosami, które sprawiają, że wygląda jak mężczyzna. To Che. Druga to Susan - potężna biała baba rodem z Ameryki o siwych włosach, co sugeruje, że może podchodzić już pod sześćdziesiątkę. Mogłaby być matką Che, gdyby nie lesbijska atmosfera emanująca od nich obu.

- Marek?
- Tak!
- Wskakuj - krzyczy Che.

Wrzucam plecak do bagażnika i zajmuję miejsce na tylnim siedzeniu.

- Dobrze cię widzieć, jak podróż? - pyta Che wręczając mi swoją wizytówkę z jej oficjalnym stanowiskiem pracy “nieustraszony przywódca”.
- Doskonale, macie zajebiste pociągi.
- To prawda. Gdy ludzie nas odwiedzają, często nie zdają sobie sprawy, że jesteśmy zaledwie dwie godziny od miasta. Bardzo się cieszę, że postanowiłeś o nas napisać.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Jaki jest plan?
- Chcieliśmy cię zakwaterować w ośrodku i zabrać jutro na rafting, ale wygląda na to, że pogoda zamierza się załamać. Pojedziemy na rafting jeszcze dzisiaj po południu. Co myślisz?
- Brzmi dobrze.
- Wspaniale. Zatrzymamy się w obozie, abyś mógł zostawić swoje rzeczy i się przebrać. Zmienimy także samochód bo ten nie jest wystarczająco mocny, żeby wspiąć się pod górę.
- To twoje podwórko więc wiesz najlepiej!

Za kierownicą siedzi Susan. Jedyną interesującą informacją jaką o niej zapamiętuję jest fakt, że pracuje w wieżach Petronas w Kuala Lumpur. Nie zdradza czy pracuje dla Petronas czy jakiejś innej firmy paliwowej z biurem w wieży. Szczerze mówiąc niewiele mnie to obchodzi. Jedziemy po równej dwupasmowej szosie po czym zjeżdżamy na górską drogę prowadzącą w głąb dżungli. Kilka minut później docieramy do obozu. Obóz składa się z kilkunastu domków na drzewie - małych drewnianych struktur wyglądających na mało komfortowe zakwaterowanie i zielonego stalowego baraku, który wygląda jeszcze gorzej. Che zabiera mnie do baraku, który podzielony jest na duże pokoje z kilkoma piętrowymi łóżkami w środku. Moja królewska komnata ma szpary w ścianach wielkości pięści. Mimo wiatraków zamontowanych bezpośrednio nad łóżkami, wszystko wskazuje na to, że będę dziś najlepszym przyjacielem komarów.

Łazienki nazwane Ship Shape Shacks for Showering Shaving and Shitting (Budy o kształcie statków do kąpieli, golenia i srania) znajdują się kilkadziesiąt metrów od mojego zakwaterowania i sprawiają, że zaczynam tęsknić za hotelem w Kuala Lumpur. Zrzucam swoje rzeczy w “pokoju” i gramolę się na pakę czarnego pick-upa o wielkich kołach z dużą żółtą dmuchaną łodzią na dachu. Chwilę potem dołączają do mnie obie panie i kierowca, który zabiera nas w kierunku rzeki przez dżunglowe bezdroża. Wtaczamy się pod górę po błotnistej drodze biegnącej przez zielone wzgórza, dwie wioski i tropikalny las. Silnik potężnego samochodu wyje niemiłosiernie podczas gdy kierowca usiłuje zachować kontrolę nad pojazdem na błotnistej drodze. Znów zaczyna padać, a w oddali słychać burzę. 


- Musimy się spieszyć jeśli chcemy spłynąć dzisiaj! - krzyczy Che
- Będziemy mokrzy tak czy inaczej, nie? - pytam
- Tak, ale poziom wody w rzece podnosi się szybko. Jeśli będzie zbyt wysoki to ryzyko spływu będzie za duże. Brałeś kiedyś udział w raftingu?
- Nie, to będzie mój pierwszy raz.
- Ok, więc kilka zasad. Ja jestem z tyłu a Wy z przodu. Żeby sterować łodzią musicie wiosłować odpowiednio z lewej lub z prawej strony. Będę wydawać Wam odpowiednie komendy takie jak: “wiosłujcie lekko”, “wiosłujcie mocno” albo “wiosłujcie, aby przeżyć!”. Mam nadzieję, że to jasne.
- Brzmi ok. Czy to wszystko?
- Nie… Jeśli wyrzuci cię z pontonu wyciągnij nogi do przodu albo do tyłu. Nigdy nie pozwól, aby stopy były w kierunku dna. Jest tam masa kamieni. Jeśli ugrzęźniesz to masz przejebane.
- Brzmi fantastycznie!
- Nic się nie przejmuj, będzie dobrze. To najgorszy scenariusz i chcemy abyś był na to gotowy. W razie czego rzucimy ci linę. Będziesz musiał ją złapać i wciągnąć się z powrotem na łódkę.
- Rozumiem.
- Rozumiesz? Świetnie. Czas na test!

Następny wpis: 4. Wiosłowanie na śmierć i życie

Poprzedni wpis: 2. Impreza po muzułmańsku