- Przepraszam pana. Zauważyłem Europejczyka i chciałem zapytać Pana o łaskawe pozwolenie aby przysiąść się w ten piękny wieczór. Czy mogę Panu kupić piwo i dotrzymać towarzystwa? - mówi z silnym brytyjskim akcentem.
- Jasne, czemu nie? - odpowiadam wskazując na puste krzesło obok mnie. - Dziękuję młody człowieku. Nazywam się John. A ty?
- Jestem Marek. Miło cię poznać.
- Tak właśnie! Musisz się zastanawiać co taki stary pryk jak ja robi w Ipoh.
- Właściwie to zastanawiałem się co taki nobliwy dżentelmen jak Pan robi w tym malezyjskim środku niczego - kłamię podczas gdy dwie duże butelki zimnego, indonezyjskiego Bintanga lądują na naszym stole.
- Powiem ci synu. Ten pierdolony kraj był nasz. Był nasz! I powinien być nasz! Stacjonowałem tutaj ponad pół wieku temu. Walczyliśmy z malezyjskimi terrorystami o tutaj w dżungli - krzyczy wskazując na budynki za moimi plecami.
- Rozumiem… - Gówno rozumiesz przyjacielu! Jesteś zbyt młody, żeby rozumieć. Teraz 50 lat później wróciłem. Moja żona w Londynie to stara dziwka. Odeszła. Moje dzieci ze mną nie rozmawiają. Wszyscy życzą mi śmierci! Ale nie nie mój przyjacielu. Żyję i mam się dobrze! Wróciłem tutaj, do mojego drugiego domu, gdzie spędziłem lata mojej młodości.
- Rozumiem…
- Ale nie myśl, że jestem tu sam. Nadal chce mi się ruchać jak bykowi. Mam lokalną dziewczynę.
- Bardzo dobrze mój przyjacielu…- mówię w nadziei, że moje koleżanki wkrótce skończą swoje spotkanie a ja będę mógł uniknąć kontynuacji alkoholowej przemowy mojego towarzysza.
- Dryń… dryń… - dzwoni jego telefon. Brytyjczyk skupia się przez chwilę na ekranie po czym odbiera po kilku dzwonkach. - Tak, kochanie? Jestem z przyjacielem w barze… Tak, pijemy… Co masz na myśli mówiąc, że znów nie masz pieniędzy? Dałem ci pieniądze tydzień temu… Znów wszystko wydałaś?… Nie kochanie, nie jestem zły. Tylko trochę pijany. Ok?… Możesz mi tylko powiedzieć dlaczego jesteś taką drogą dziwką? Nie, mam to w dupie! Nie przychodź dzisiaj! Nic ci nie dam!… W porządku skarbie… zobaczymy się jutro. Też cię kocham. Pa pa…
- Ok, szmata nie przyjdzie. He he… Gdzie ja to byłem? Ach tak, pamiętam. Mówiłem ci jak walczyłem w dżungli z Chińczykami… a może to byli Malajowie? Ech, w sumie nie ważne. To nie byli nasi i tylko to się liczy. Więc…
Wyłączam się i koncentruję na szklance z piwem gdy architekt sobie idzie a moje opiekunki sygnalizują, że możemy spadać. Żegnam się z Johnem i udaję się w kierunku wyjścia.
- W porządku przyjacielu. Zobaczymy się jutro. Dziś też jestem zajęty. Mam randkę ze swoją dziewczyną. John bum bum dzisiaj, ha ha! - krzyczy za moimi plecami.
Do obozu wracamy w mniej niż godzinę. Wracam do zielonego baraku i ustawiam wszystkie wiatraki na maksymalną prędkość w nadziei, że odstraszę wściekle atakujące mnie komary. Nikt od dawna nie słyszał o malarii w Malezji, choć gorączka Dengue miała się całkiem dobrze. Szczerze mówiąc próba spania z ciągłym bzyczeniem nad głową i okazyjne ukąszenia to nie jest coś do czego jestem przyzwyczajony. Wspinam się na górną pryczę aby być bliżej wiatraków. Wykończony niemalże śmiertelnym raftingiem, nudną chińską kolacją i szalonym angielskiem “dżentelmenem” zapadam w sen.
Ku mojemu zaskoczeniu wiatraki nawet nieźle odpędzają komary, choć i tak budzę się o wiele za często. Prycza jest twarda. Nie ma poduszki. Mimo, że jest gorąco i wilgotno nie pogardziłbym jakimś kocem, bo przyzwyczajony jestem do bycia przykrytym czymkolwiek. Warunki są słabe i wcale mnie to nie kręci. Backpacking nigdy mnie nie podniecał. Nigdy nie widziałem nic ciekawego w dzieleniu bardzo podstawowego pokoju i łazienki z szesnastoma innymi osobami. Oczywiście to redukuje koszty podróży, ale czyż nie lepiej jest spać w wypasionych miejscach za darmo?
Niektórzy “prawdziwi” podróżnicy argumentują, że spanie w budżetowych miejscach to jedyny sposób na poznanie innych podróżników i interesujących ludzi. Uwierzcie mi, mam to za sobą. Większość z nich podąża tymi samymi drogami rekomendowanymi przez Lonely Planet i wymienia się doświadczeniami dobrze opisanymi przez przewodniki. Typowa konwersacja sprowadza się do wymiany informacji na temat kto widział co z przewodnika, co zobaczą w następnej kolejności i jak zrobić to najtaniej. Doprawdy fascynujące.
John śni mi się w nocy. Dlaczego go spotkałem? Czy to był przypadek? A może ostrzeżenie? Czy tak właśnie skończę? Czy to najlepsze czy najgorsze co może spotkać mężczyznę bez adresu, który spędza życie w drodze? Głowa kłębiła się od pytań, które przynajmniej na razie pozostawały bez odpowiedzi. Chcąc skupić się na czymś praktycznym, przepakowuję plecak i przygotowuję się do dalszej drogi. Tuż przed odwiezieniem mnie na stację, Che pokazuje mi resztę okolicy. Obóz oferuje o wiele więcej niż tylko rafting. Poszukiwacze adrenaliny mogą spróbować swoich sił w zjazdach z wodospadu, wspinaczce skałkowej i eksploracji okolicznych jaskiń.
Następny Wpis: 6. Jak żyć jak gwiazda rocka i za to nie płacić?
Poprzedni Wpis: 4. Wiosłowanie na śmierć i życie