explicitClick to confirm you are 18+

2. Impreza po muzułmańsku

Życie w TropikachJun 17, 2020, 9:57:45 AM
thumb_up2thumb_downmore_vert

Po całym dniu bezsensownego łażenia po mieście wracam do hotelu czując, że kręci mi się w głowie. Brak snu, jet lag, zmęczenie i potencjalnie odwodnienie sprawiają, że modlę się, że Biresz się jednak dzisiaj nie pojawi. Biorę prysznic zmywając z siebie potencjalnie dwa litry potu i próbuję się zdrzemnąć może z pół godziny zanim dostaję telefon z recepcji, ze Biresz już na mnie czeka. Jak zwykle żaden bóg nie wysłuchał moich próśb. Zakładam jedyną parę długich spodni jakie wziąłem z Europy, żółte polo Ralpha Laurena, aby wyglądać na poważniejszego niż jestem i schodzę na dół spotkać się z moim wieczornym przeznaczeniem.

Biresz okazuje się być ciemnoskórym kolesiem tuż po trzydziestce. Ma na sobie parę przyzwoitych dżinsów i nowy biały t-shirt ciasno opinający się na klatce piersiowej sugerującej wiele godzin spędzonych na siłowni. To, co kocham w ludziach od marketingu to to, że są zawsze otwarci, przyjaźni i chcą przypodobać się dziennikarzom bez względu na cenę. Za to im płacą tak jak mi płacą za to, aby nie dać się nabrać na takie triki, gdy recenzuję ich produkty i usługi. Problem polega jednak na tym, że im dłużej jesteś w tym biznesie, tym mniej przejmujesz się swoją pracą i jakąkolwiek etyką, a bardziej skupiasz się na relacjach jakie z nimi budujesz i tym co możesz od nich dostać. Wierzcie lub nie, ale taka jest rzeczywistość recenzentów elektroniki, testerów samochodów i pisarzy podróżniczych. Nie cytujcie mnie jednak, gdyż jeśli przyjdzie co do czego, to wszystkiego się wyprę.

Po wymianie grzeczności, opuszczamy hotel i udajemy się na parking dla pracowników. Biresz ma sportowego Protona - malezyjski wytwór samochodo-podobny. Malezyjczycy są dumni z tej marki mimo, że cieszy się ona co najwyżej średnimi recenzjami. Być może ktoś powinien powiedzieć producentowi, żeby rozdał więcej samochodów dziennikarzom, aby poprawić recenzje. Pewnie wyjdzie taniej niż usprawnienie samochodu. Biresz prowadzi wolno w korkach paraliżujących malezyjską stolicę i parkuje przed klubem Zouk niedaleko Kuala Lumpur Convention Centre nad którym górują wieże Petronas. Słońce jeszcze nie zaszło, a mimo to w klubie już odbywa się jakaś impreza.

- Moja przyjaciółka jest projektantką mody. Ma tu dzisiaj wystawę - wyjaśnia Biresz widząc moją zdziwioną twarz. 

Wchodzimy do środka, gdzie tłum dobrze wyglądających ludzi przegląda ubrania na stołach i krzesłach. Podchodzimy do chińsko-wyglądającej dziewczyny o śmiesznych, fioletowych, artystycznych włosach. 

- Jenny, to jest Marek z The Washington Chronicles. Marek, to jest Jenny - przyszła gwiazda malezyjskiego świata mody!

- Przestań Biresz, przecież wiesz, że się dopiero rozgrzewam - odpowiada Jenny z rumieńcem na twarzy. 

- Być może. Mimo tego, że jeszcze nic nie widziałem jestem pewny, że zawojujesz nie tylko Malezję, ale i cały świat - strzelam suchym komplementem. 

- Marek, to bardzo miło z twojej strony. Na czym dokładnie polega twoja praca?

- Jestem pisarzem podróżniczym. Śpię w dobrych hotelach. Piję zajebiste drinki. Sypiam z ładnymi kobietami. Do tego mam to wszystko za darmo…

- Wow, wielu by zabiło za taki lajfstajl!

- Robota ma też swoje minusy. 

- Na przykład jakie?

- Mieszkam na walizkach, zajebiste drinki powoli zamieniają mnie w alkoholika, a łóżkowe przygody to najkrótsza droga do HIV i innego gówna. 

- Ha, ha, zabawny jesteś! Dobrze się bawisz w swojej pracy?

- Zajebiście. 

- To najważniejsze. Chodź, przedstawię cię dziewczynom.

Mijamy kilka stolików zatrzymując się przy jednym z nich, gdzie cztery na maxa odwalone laski popijają gazowaną wodę mineralną serwowaną z lodem. Jedna z nich przyciąga moją uwagę. Jest wysoka o nieco atletycznej budowie ciała. Jej skąpa biała sukienka ładnie opina się na perfekcyjnym post-siłownianym tyłku. Srebrny Budda na eleganckim łańcuszku rytmicznie skacze między jej na wpół-widocznymi cyckami. Jej twarz jest biała, a oczy chińskie. Jej długie czarne, grube włosy poruszają się nieśmiało w rytm wiatraka chłodzącego pokój. O mało nie potykam się o własne stopy, gdy dziewczę uśmiecha się do mnie odsłaniając perłowo-białe zęby w całej okazałości. 
- Drogie panie… to jest Marek z The Washington Chronicles. Jest pisarzem podróżniczym… Marek, jak to szło? Sypiasz…

- Podróżuję po świecie recenzując luksusowe hotele, doskonałe restauracje i fajne kluby. Piszę o tym, co widzę… - przejmuję inicjatywę od Jenny. 


Właśnie miałem zostać przedstawiony orientalnej piękności gdy pojawia się Biresz.

- Marek, musimy lecieć. Kolacja! - 
- Panie wybaczą… - mówię łapiąc kontakt wzrokowy z Buddystką. Opuszczam scenę podążając za Bireszem do samochodu.


Jedziemy przez miasto co chwilę zatrzymując się w korkach. Lądujemy w lokalnej, muzułmańskiej knajpie. Całość to właściwie kilka plastikowych krzeseł i stołów z brzydką ceratą na pseudo-świeżym powietrzu. Każdy stół ma proste menu - zalaminowaną kartkę papieru. Nad całością góruje sufit z serii “mam nadzieję, że nie spierdoli nam się na głowę”. Na suficie wiszą wiatraki mieszające powietrze ciężkie od tropikalnej wilgoci. Starsza, gruba pani w hidżabie na głowie notuje instrukcje Biresza, który jest tak miły, że składa zamówienie dla nas obu.

Azjaci podobno są jak psy - jak jedzą to nie szczekają. Biresz jednak jest całkiem przesiąknięty zachodem i mamy jedną z tych nudnych konwersacji o lokalnym jedzeniu, o tym, że jest ostre i o tym, że angielskiego nauczył się z amerykańskich filmów kopiując to, co usłyszał. Po kolacji ruszamy na Bukit Bintang - podobno najbardziej imprezowe miejsce w mieście.

Ulica jest pełna życia i przypomina nowojorski Times Square w trakcie wieczornych godzin szczytu. Świecąco-mrygające billboardy reklamują drogie produkty, samochody wolno przemieszczają się w korkach, ludzie plączą się w każdym możliwym kierunku, kolejka Monorail śmiga nad naszymi głowami, a z barów i pubów na świeżym powietrzu zaczyna dudnić muzyka. To zapewne najlepsze miejsce na sobotnią noc.


Wchodzimy do jednego z barów i wdrapujemy się po schodach na górne piętro. Po lewej jest mały parkiet, który o tej porze wciąż świeci pustkami. Po prawej długi bar z zaledwie kilkoma osobami. Barmani, głównie mężczyźni udają zajętych podrzucając butelki w rytm nowoczesnej muzyki granej przez ukrytego DJ’a. Jest zbyt głośno by rozmawiać. Wypijamy po dwa drinki czekając aż wszyscy przyjaciele Biresza zbiorą się w jednym miejscu. 



Kombinacja mojego obecnego stanu z alkoholem to nie jest najlepszy pomysł, choć zmuszam się aby podążyć za naszą modną grupą tańczącą do rytmu jakiejś plemiennej muzyki i techno. Wychylam jeszcze kilka drinków z Bireszem i świtą, gdy wydaje mi się, że widzę “moją” buddyjską dziewczyną przedrzeźniającą się ze mną na parkiecie. Jestem zbyt nawalony by wykonać jakikolwiek ruch. 

- Marek, masz aspirynę. Poczujesz się lepiej - mówi jeden z przyjaciół Biresza.
- Dzięki. - Połykam dwie pigułki z uśmiechniętymi twarzami na nich, co może sugerować, że to wcale nie jest aspiryna. 



Jakiś czas później szaleję na parkiecie z moją orientalną pięknością, która może być niczym więcej jak moją wyobraźnią płatającą mi figle. Tłum lekko rozstępuje się robiąc miejsce dla naszych na wpół-akrobatycznych popisów na środku parkietu. Muzyka wprowadza mnie w trans, a ludzie zlewają się w jeden chaos kolorów. Zamykam oczy w ekstatycznej przyjemności, a gdy je otwieram, leżę płasko na czymś miękkim i gapię się na biały sufit. 

Z ogromnym wysiłkiem odwracam głowę w lewo a potem w prawo by zorientować się, że prawdopodobnie leżę na łóżku w swoim hotelu. 

Podejrzane odgłosy dobiegające z łazienki sugerują, że cieknie tam woda… Ból w całym ciele powoduje, że postanawiam czekać na rozwój wydarzeń. 

Woda przestaje lecieć kilka minut później a do pokoju wchodzi moja orientalna piękność z wczoraj. Ma na sobie jedynie kusy, biały ręcznik ledwie zakrywający jej cycki i tyłek. Jej jedwabiste czarne włosy świecą na plecach. Uśmiecha się do mnie tym swoim perwersyjno-pięknym uśmiechem i zaczyna ubierać się powoli w sposób, który każdego mężczyznę doprowadzi do szaleństwa… o ile mężczyzna ten nie próbuje bezskutecznie zwalczyć chorego alkoholowo-narkotykowego kaca. Pytam o jej imię mniej więcej w momencie, gdy wysokie obcasy dodają jej kilka centymetrów wzrostu, ale nie dostaję odpowiedzi. Dziewczyna pochodzi powoli, kładzie palec na moich ustach i wydaje z siebie ciche “Szszszszsz…..” prosto do mojego ucha, co przeszywa mnie dreszczem od stóp do głów. Dziewczę idzie pewnie w kierunku drzwi i obrzuca mnie jeszcze jednym spojrzeniem. 

- Dziękuję - mówi anielskim głosem i znika zanim daję radę zareagować. Zamykam oczy i zasypiam na kilka godzin.  



Budzę się nawet wypoczęty, choć czuję dziwny ścisk w żołądku. Być może to nadal efekt “aspiryny”. Zostaję w łóżku przez jakieś 5 minut licząc na to, że poczuję się lepiej. Biorę dwie tabletki na rozstrój żołądka, które przywiozłem jeszcze ze Szkocji i wypijam jakiś litr wody, gdy dociera do mnie jak bardzo muszę być odwodniony. Kilka minut później rzygam jak kot w łazience. Okazuje się to być ostatnim symptomem mojej aspirynowej choroby.

Wychodzę na zewnątrz w desperackiej próbie złapania taksówki. Jak na złość żadna wolna nie pojawia się w zasięgu wzroku przez jakieś 15 minut. 

Po uświadomieniu sobie, że spóźnię się na pociąg do stanu Perak, biegnę w kierunku Monorail, który zawozi mnie na główny dworzec kolejowy. Wsiadam do pociągu, który wygląda jak lepsza wersja francuskiego TGV, znajduję swoje siedzenie i próbuję się zrelaksować starając się nie zwracać uwagi na krople potu spływające po mojej twarzy i prawie każdej innej części ciała. Początek przeprowadzki do Azji mogę zaliczyć do udanych…

Następny wpis: 3. Stan Perak

Poprzedni wpis: 1. Jak dostać darmowy hotel w Azji?