Przez ostatnie tygodnie czas spędzałem w dużej mierze przygotowując się do sesji. Jeśli więc sięgałem już po jakąś książkę, były to rzeczy niekoniecznie przyjemne (choć w dużej mierze ciekawe). Skoro jednak w końcu zrobiło się nieco luźniej, nie pozostało mi nic innego, jak tylko wypożyczyć sobie Witkacego i pierdolnąć whisky (jakby to pewien trener piłkarski powiedział). A musicie wiedzieć, że potrafił pisać ten Witkiewicz. To był taki człowiek, który kurwę potrafił nazwać kurwą. I jeszcze uznawał to za swój plus, ponieważ przynajmniej był człowiekiem szczerym. Dowiedziałem się, że być może w poniedziałek stracę pracę. No więc tak sobie siedzę i piszę tego posta, choć gdzieś w tyle głowy jest myśl, że za dwa dni teraźniejszość będzie nieciekawa. To są te momenty, gdy mówię sobie, że jestem na studiach, które sobie cenię. Jest gdzieś ta świadomość, że mógłbym sobie szybko ogarnąć jakąś robotę. Tylko no jest problem, bo kto przyjmie na pełen etat chłopaka, który ma w tygodniu regularne wizyty na uczelni? No więc siedzę sobie i piję to whisky. Mówię sobie, że na pewno jakoś to będzie. Że się ułoży, że nie pierwszy raz zdaje się być do dupy, a więc mam w tym już jakieś doświadczenie. Tak swoją drogą, często bywam nieregularny właśnie przez łączenie studiów z pracą. Pod koniec dnia zwykle miewam już wszystkiego dość. Teraz natomiast mam ten tak zwany czas wolny. I cholera jasna, nie mam ochoty na pisanie o Polsce, miłości i weganizmie. Wolę po prostu siedzieć, pić i pisać o sobie. Przynajmniej jakiś czas. Dopóki nie odezwie się we mnie potrzeba napisania choć kilku słów o polityce. A potrzeba ta odzywa się zawsze.