Wygląda zatem na to, że w Stanach Zjednoczonych pojawiło się głębokie i być może już nieusuwalne zwątpienie w prawość tamtejszych instytucji państwowych. Czy będzie ono miało konsekwencje polityczne i jakie one mogą ewentualnie być – tego nikt chyba jeszcze nie wie tym bardziej, że jest tajemnicą poliszynela, iż w amerykańskim systemie politycznym pojawiły się pozakonstytucyjne ośrodki władzy, przed którymi osobistości formalnie sprawujące władzę skaczą z gałęzi na gałąź. Znakomitą tego ilustracją jest zablokowanie przez pana Zuckerberga samego prezydenta Stanów Zjednoczonych – jak możemy się domyślać – w ramach przestrzegania wolności słowa. Inaczej zresztą być nie może, o czym poucza nas m.in. historia starożytnego Rzymu. Dopóki rzymskie państwo nie ekspandowało na cały basen Morza Śródziemnego, dopóty ustrój republikański jako-tako funkcjonował. Kiedy jednak państwo to przekształciło się w imperium, republika zaczęła podupadać, a ostateczny cios zadał jej Juliusz Cezar, którego Senat obwołał „dyktatorem wieczystym”. Tym bardziej teraz, kiedy mocarstwa, takie właśnie jak Stany Zjednoczone, dysponują ultymatywną bronią jądrową. W tej sytuacji nikt przytomny się nie zgodzi, by palec na atomowym cynglu mógł położyć jakiś chwilowy ulubieniec ulicy. W tej sytuacji demokracja polityczna jest tylko parawanem za którym państwem rządzą grupy nie przewidziane przez konstytucję, na przykład finansowi grandziarze, dysponenci mediów, menażerowie przemysłu rozrywkowego, który ma ogromny wpływ na myślenie i postępowanie ludzi, a wreszcie – armia i tajne służby. W epoce totalnej inwigilacji zwłaszcza rola tych ostatnich staje się coraz większa – ale właśnie dlatego demokratyczne dekoracje muszą być utrzymywane, bo – jak twierdził kanclerz Otto Bismarck – dobrze, że ludzie nie wiedzą, jak się robi politykę i parówki. Stanisław Michalkiewicz http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=4873
thumb_up5thumb_downchat_bubble