Głośne morderstwa lewicowych aktywistów w USA z ostatnich lat (2017-2019). Sprawa Gerarda Grandzola odbiła się szerokim echem w Pensylwanii. Na jego pogrzebie zjawiło się ponad dwa tysiące osób. Kapitan filadelfijskiej policji powiedział wręcz, że tak bezsensownie okrutnej zbrodni to on nie pamięta, pomimo 24 lat służby. Przypomnijmy: Grandzol, działacz społeczny, pomagający lokalnie biednym "mniejszościom etnicznym", został zaatakowany w środku dnia na parkingu przez parę nastoletnich, czarnoskórych zbirów; chcieli ukraść mu samochód, w którym siedziała jego 2-letnia córeczka. Gdy mężczyzna spytał ich, czy może wyciągnąć dziecko z auta, jeden z napastników (ten na zdjęciu w lewym górnym rogu) strzelił mu dwukrotnie w twarz. Corrina Mehiel, znajoma Nancy Pelosi (spikerki Izby Reprezentantów), artystka, feministka, antyrasistka - zginęła w stolicy we własnym mieszkaniu od ciosów nożem, torturowana i zgwałcona przez czarnego włamywacza-domokrążcę. Jawaid Bhutto - pakistański, progresywny intelektualista, bojownik o równość i sprawiedliwość; był tak tolerancyjny, że zdecydował się nawet zamieszkać w murzyńskiej części miasta, aby zadać kłam rasowym stereotypom (patrz: http://archive.ph/K8v1I#selection-615.0-615.305 ). Dostał kulkę od sąsiada-recydywisty, gdy wyjmował zakupy z bagażnika. Podobno mieli otwarty konflikt. Muhiyidin Moye - prominenty wolontariusz ruchu Black Lives Matter, postrzelony w trakcie przejażdżki na rowerze (pocisk trafił go w udo, rozszarpując tętnicę). Zabójcą okazał się oczywiście czarny ziomal, co kolejny raz potwierdziło, iż czynnikiem nr 1 zagrażającym bezpieczeństwu Afroamerykanów w USA nie jest ani "rasistowska" policja, ani jakieś mityczne niedobitki Ku Klux Klanu, lecz inni Afroamerykanie, często żyjący kilka przecznic dalej od swoich ofiar.

thumb_up5thumb_downrepeatchat_bubble